Piękni dwudziestoletni - streszczenie - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Książka składa się z siedmiu tytułowanych rozdziałów, z których każdy to osobna historia z życia autora. Hłasko przedstawia w nich z właściwą dla niego nutką ironii i sarkazmu, nonszalanckiego zdystansowania, ale i ogromnej erudycji, fakty i wydarzenia ze swojego życia.

Osobliwy pamiętnik rozpoczyna wpis z lutego 1958 roku, gdy Hłasko wysiada na lotnisku Orły z samolotu z Warszawy, a kończy jego wyjazd z Izraela.

Na ponad dwustu stronach znajdziemy zarówno historię młodego chłopca i jego krótkiej edukacji, pierwszą pracę – stanowisko pomocnika kierowcy w firmie przewozowej, jak i opis krótkich, ale niezwykle dynamicznych pierwszych doświadczeniach reporterskich.

W rozdziale Sznurowadełka, paseczek, krawacik opisał na przykład epizod wydalenia z liceum ogólnokształcącego przez kuratorium, które – sugerowane opinią poradni psychologiczno-pedagogicznej (uczeń nie nadaje się do szkoły o profilu humanistycznym), przeniosło go do placówki o profilu handlowym. Jak pokazały późniejsze miesiące, problemy z matematyką okazały się na tyle poważne, że młody Marek zrezygnował z nauki w wieku zaledwie 16 lat. Nie pomogła przeprowadzka do Wrocławia i zapisanie się do szkoły wieczorowej o profilu rzemieślniczym – Hłasko ukończył edukację na poziomie szkoły podstawowej.

Ważnym momentem w jego życiu było zawiązanie pierwszych przyjaźni. Gdy grał na pozycji środkowego napastnika w klubie sportowym, poznał Tadka Mazura i „Kape”, razem chodzili na mecze. Niestety, szybko wyrzucono ich z klubu za grę w pokera. Tadek wkrótce trafił do więzienia, a Hłasko z „Kape” zajęli się bandytyzmem i kradzieżami.

Słodkie chwile nieróbstwa przerwał przymus pracy, który objął nieuczącego się Marka, gdy skończył 16 lat. Rozpoczął pracę jako pomocnik w firmie Paged w bazie Bystrzyca Kłodzka. Choć wstawał o 4 rano, a pracę przy rozładunku kończył o 22, to i tak kierownik zmiany zarzucał mu, że nie wyrobił normy. Bojąc się oskarżenia o sabotaż gospodarczy i więzienia, Hłasko sam odszedł.

Po przeprowadzce do Warszawy zatrudnił się w firmie Metrobudowa jako ładowacz. Po awansie na stanowisko zaopatrzeniowca zaczął czerpać pewną przyjemność z życia na własny rachunek.

W tym czasie rozpoczął współpracę z „Trybuną Ludu”. Jako korespondent robotniczy, pisał o bolączkach i osiągnięciach swojego zakładu pracy. Po artykule o braku części zamiennych, długich postojach samochodów, ponownie zarzucono mu szkodzenie firmie. Koniec końców, Hłasko został zwolniony.

Na szczęście ktoś poznany w „Trybunie” znalazł mu pracę w Warszawskiej Spółdzielni Spożywców. Ten okres jego życia był bardzo ciężki. Na bazie musiał być o 4 rano, więc wstawał już o 2 w nocy. Razem z pomocnikiem, konwojentem i ładowaczem jechał na Zieleniak, gdzie już czekali badylarze ze swoim towarem (warzywami i owocami). W takich chwilach obserwował wyzysk chłopów, których towar przypisywano do I kategorii, a płacono za niego jak za III. Po powrocie do bazy o 19ej, byli już tak pijani, że Hłasko ledwo co pamiętał, jak dojeżdżali. Zawsze dawali stojącemu przy bramie zakładu policjantowi butelkę wódki…

Podobne przygody miał po przeniesieniu na rzeźnię. Tam też wszyscy pili i kradli:

Tam najciężej było kraść, ale kradło się i tam. Przy wjeździe na wagę kierownik rzeźni wypisywał wagę wozu, potem jechało się na halę okrężną drogą. Ja stawałem i mówiłem do pomocnika: „Zdzisiek, spuszczaj wachę”. Pomocnik kładł się pod wóz i otwierał kurek chłodnicy: w ten sposób wóz kładł się lżejszy o dwadzieścia kilko, tę różnicę inkasowaliśmy w mięsie. Potem, tuż za bramą rzeźni, nalewało się znów wody. Wreszcie ci z rzeźni skapowali; wtedy spuszczało się benzynę. Gdzie „odpalało” się mięso – te dwadzieścia kilo – pozostanie moją tajemnicą.


W rozdziale Wrocław, Obory, Wyspa róż Hłasko opowiada o swoim trzymiesięcznym pobycie we Wrocławiu, gdzie dostał – z pomocą Igora Newerly’ego - stypendium Związku Literatów Polskich. Na miejscu zamieszkał u wuja. Dzięki pieniądzom ze stypendium i honorarium za swoje opowiadanie Baza Sokołowska, opublikowane w czasopiśmie „Sztandar Młodych”, mógł pierwszy raz w życiu skupić się na samorozwoju. Chodził więc do teatru, dużo czytał, rozmawiał z ludźmi.

To w tym czasie zafascynował się twórczością Witolda Gombrowicza. Żeby wypożyczyć jego powieść Ferdydurke, musiał zastawić swój zegarek. Odwiedzał także kolegów z czasów, gdy pracował w Pagedzie. Jego nadzieje na serdeczne powitanie się nie sprawdziły: dawni kompani nie przyjęli go dobrze, ponieważ rozpoznali siebie w jego opowiadaniu wydrukowanym w gazecie. Hłasce było bardzo żal zerwanych przyjaźni, ponieważ z tymi ludźmi łączyły go wspólne przeżycia. Trzy lata temu, nielegalnie przez góry chodzili razem przez Czechosłowacką granicę, zanosili słoninę i spirytus, a przynosili papierosy i sztuczną biżuterię. Aby odwrócić uwagę WOP-istów, brali ze sobą kilka kotów, które potem puszczali w pobliżu psa strażników. W czasie, gdy zwierzęta się ganiały, oni przechodzili na czeską stronę i wymieniali towar. Co ciekawe, Czesi nigdy nie przekraczali granicy z Polską – Hłasko wciąż zastanawiał się dlaczego takie podróże były jednostronne.

Gdy ten proceder „zarabiania” się wydał, koledzy z innej bazy wymyślili następny. Jako że mieszkali blisko granicy, podpalali przypadkową chatę. Ponieważ straż pożarna była daleko, powiadamiali więc żołnierza z WOP-u, który wzywał czeską straż pożarną – robiło się zamieszkanie, a handel kwitł.

Wracając do wrocławskiego etapu biografii Hłaski, początkujący pisarz znał tam dwóch innych żółtodziobów w tym zawodzie. Jednym z nich był Stefan Łoś, którego wypuszczono właśnie po rocznej odsiadce z więzienia, oświadczając na koniec, że siedział przez pomyłkę. Łoś nigdy nie opowiadał o więziennych przeżyciach - musiał podpisać zobowiązanie, że z nikim nie będzie rozmawiał na ten temat pod groźbą powrotu za kratki. Znajomy Hłaski przed wojną napisał książkę dla młodzieży Strażnica - opowieść o żołnierzach Korpusu Ochrony Pogranicza tropiących bolszewickich agentów. Po wojnie nie drukowano go, więc nie miał z czego żyć. Umarłby niechybnie z głodu, gdyby nie życzliwi koledzy, którzy stale i regularnie zapraszali go na obiady. Odszedł więc nie wskutek niedożywienia, lecz w wyniku obrażeń, jakich zaznał w czasie nieludzkiego traktowania w więzieniu.

Hłasko dowiedział się później, jak UB obchodziło się z więźniami i jak traktowany był Łoś. Stawiali go w lodowatej wodzie po pas na całe godziny (stosowano też inne metody, jak oddawanie moczu na twarz i plucie), potem oddawano na przesłuchanie prowadzone przez pułkownika Jacka Różańskiego. Łoś nigdy nie wymawiał tego nazwiska, bał się. Hłasko poznał Różańskiego, którego określił mianem typowego fanatyka.

Drugim piszącym był Tadeusz Zelenay, o którym w rozdziale także można znaleźć kilka ciekawostek i anegdot.

W 1954 roku Hłasko pojechał ze swym najlepszym przyjacielem Edwardem Bernsteinem na Zjazd Młodych, który odbywał się w Oborach i na którym czytano głównie nieciekawą prozę. Uczestnicy przysypiali ze zmęczenia po nocnych popijawach na każdym z nudnych odczytów. Hłasko i jego kolega - młody i piękny mistrz bójki towarzyskiej, silny fizycznie, opanowany, spokojny - nie wytrzymali długo w Oborach.

Pojechali na Mazury, do miejscowości Wyspa Róż. Za towarzyszy do kieliszka mieli czterech rybaków z Dalmoru. W tym czasie Edward dużo mówił o książkach, o literaturze, dzięki czemu Hłasko miał kompana do długich dyskusji.

Po powrocie do Warszawy Hłasko zdał sobie sprawę, że chodzą za nim tajniacy z milicji, którzy wmanewrowali go później w konfidencką działalność. Żeby wywiązać się ze współpracy, napisał kilka zmyślonych donosów, cały czas mając nadzieję, że w końcu może dadzą mu spokój.

W tym czasie nie miał pieniędzy, mieszkania, więc Józek Lenart ze "Sztandaru Młodych" zlecił mu zrobienie dwóch reportaży z okolic Wrocławia. Jeden był o lekarce pracującej na wsi, drugi o wiejskim teatrze amatorskim, który prowadziła żona kierownika PGR-u.

Gdy Hłasko wrócił do Warszawy, podpisał umowę z wydawnictwem Iskra, ceniącym współpracę z młodymi pisarzami. Z polecenia tamtejszej kierowniczki poszedł na Mokotów, do Władysława Broniewskiego – już wtedy znanego polskiego poety, oficera legionów, komunisty, niepartyjnego alkoholika, aby pomóc mu wybrać wiersze do druku. Broniewski pił z Hłaską do rana.

Reporter najbardziej bojowego pisma w Polsce to rozdział, w którym Hłasko relacjonuje charakter swojej współpracy dziennikarskiej z grupą „Po Prostu”, zakończonej po wydrukowaniu Obrony Grenady:
Przestało mnie to wszystko interesować; przychodziłem tylko pierwszego po pieniądze – tym niemniej naprawdę szkoda mi tego pisma.


Hłasko pracował w gazecie „Po Prostu”, najbardziej bojowym tygodniku Polski Ludowej. Na początku nie był stałym pracownikiem, tylko tak zwanym wolnym strzelcem.

Na dole gmachu, w którym mieściła się redakcja gazety był mało wykwintny bar „Jontek”, który nie mógł konkurować z niezwykle popularną w tym czasie restauracją „Kameralna”, w której można było siedzieć dwadzieścia cztery godziny na dobę. Hłasko szczegółowo nakreślił podział wnętrza na trzy części, odwiedzanych w zależności od pory dnia: pijaństwo zaczynało się od rana w „Kameralnej” II, później przechodziło się do „Kameralnej” I na posiłek, dalsze picie i zabawę do wieczora (do tych sal mógł wejść każdy). Potem otwierano „Kameralną” III, gdzie obowiązywała pewna etykieta: klient mógł być ostatnim łachudrą, ale musiał mieć obowiązkowo marynarkę i krawat, co w przypadku nieposiadającego mieszkania Hłasko było rzeczą trudną do zrealizowania. Ale inteligentny pisarz i z tym sobie poradził: marynarkę i krawat zostawiał w garderobie „Kameralnej”. Nad porządkiem ucztujących czuwał kierownik sali i kilku szatniarzy. Jeden z nich, pan Miecio, mimo iż był olbrzymem, nie bił gości - wypraszał ich kulturalnie za drzwi. Było tak do momentu, gdy nie pobił klienta kluczem po głowie. Wtedy wyrzucili go z pracy.

Jeśli chodzi o bicie, Hłasko także został poturbowany. Stało się to przez pomyłkę w Paryżu, w lokalu „La Boheme”.

Po okresie libacji w „Kameralnej”, Hłasko wyjechał do Lublina, gdzie wysłała go gazeta poleceniem zrobienia reportażu o dwóch niepełnoletnich chłopakach mieszkających w bursie, którzy zamordowali swojego wychowawcę i ukradli mu przedmioty o łącznej wartości trzystu złotych. Wszystkich zdziwił ich postępek, ponieważ byli grzeczni, uczyli się dobrze, wychowawca ich lubił. Nie umieli wytłumaczyć, dlaczego to zrobili. Powtarzali tylko, że chcieli popełnić zbrodnię jak w powieściach kryminalnych. Pieniądze były im potrzebne na kino i wino. Nie pomyśleli, że wychowawca dałby im je, gdyby tylko go o to poprosili.

Hłasko miał wgląd w akta sprawy, rozmawiał z obrońcą winowajców. Po zebraniu materiałów wrócił do Warszawy i napisał reportaż, którego jedną trzecią odrzucił bojaźliwy Lasota – wtedy redaktor naczelny „Po Prostu” (potem poseł na Sejm Rzeczpospolitej Ludowej), z którego najbardziej poczytne pismo w Polsce zrobiła redagująca je przed 1955 rokiem Hanka Bratkowska.

Dalej Hłasko wspominał okoliczności napisania opowiadania Pierwszy krok w chmurach, które po odrzuceniu przez Lasotę, zostało wydrukowane w „Nowej Kulturze”. Co ciekawe, gdy Bratkowska przeczytała w konkurencyjnym piśmie historię o głupkowatych robotnikach atakujących młodą parę, urządziła piekło Lacocie.

Ten jednak chyba nie wyniósł z tej rozmowy lekcji, ponieważ odrzucił kolejny tekst Hłaski - artykuł o teatrze Bim-Bom, kierowanym przez Kobielę i Cybulskiego.

Kolejnym tekstem pisarza był ten o Władysławie Mazurkiewiczu - szpiclu, współpracowniku UB mordującym swoje ofiary strzałem w głowę i ukrywającym ciała w garażu w podłodze, zalewając je uprzednio betonem. Proces zbrodniarza był kompromitacją, ludzie bali się zeznawać. Wszyscy byli pewni, że Mazurkiewicz był tylko pionkiem, że wykonywał wyroki swych zwierzchników z UB. Hłasko właśnie ten aspekt sprawy uczynił motywem wiodącym swojego artykułu Proces przeciwko miastu, którego swoim zwyczajem Lasota nie wydrukował.

Podobnie redaktor „Po prostu” postąpił z tekstem o Dostojewskim, który z chęcią wypuściła „Trybuna Ludu” - organ KC PZPR. „Po Prostu” przestało być pismem dla studentów, stało się gazetą całego narodu. Miało na swoim koncie wiele akcji, między innymi przeprowadziło zbiórkę dla młodych plastyków, którzy nie mieli z czego żyć, poruszało problem bohaterów AK, piętnowało styl życia książąt socjalizmu. Te wszystkie inicjatywy były inspirowane pomysłowością Hanki Bratkowskiej, ale z drugiej strony doprowadziły do jego rozwiązania.

Hłasko skończył definitywnie współpracę z „Po Prostu” po tym, jak Lasota wydrukował kretyńskie opowiadanie Obrona Grenady Kazimierza Brandysa. Bez pracy, spał na Dworcu Głównym, na komisariatach, w izbach wytrzeźwień.

W kolejnym rozdziale pod tajemniczym tytułem Goofy the dog, Hłasko dalej wspomina swoje perypetie, dotyczące głównie etapu fascynacji kulturą amerykańską oraz kontaktów z Jerzym Putramentem.

Przez krótki czas był uczniem Państwowego Technikum Teatralnego (z którego dość szybko go wyrzucono). Wtedy chodził z kolegami przed ambasadę amerykańską, stojącą nieopodal szkoły, gdzie zdejmowali czapki i oddawali w ten sposób honor Stanom Zjednoczonym, walczącym akurat w wojnie koreańskiej. Prócz tego, wszyscy wspólnie chodzili na pokazy filmowe do tamtejszego ośrodka informacyjnego, gdzie Hłasko poznał pewnego psa, nazwanego Goofy the Dog.

Przy okazji wspominania tego etapu biografii, Hłasko poświęcił trochę czasu na opisanie sprawy Stefana Martyki - w tym czasie w Polskim Radiu prowadził audycję „Fala 49”, w której szkalował kraje imperialistyczne, mówił o kretynizmie, bestialstwie, idiotyzmie Amerykanów. Wkrótce został zamordowany przez studenta, prawdopodobnie stałego gościa Ośrodka Informacyjnego ambasady USA. Po tej tragedii centrum zamknięto.

Hłasko wspomina także, jak w czasie wojny koreańskiej rozpuszczono plotkę, że Polacy mogą wziąć w niej udział na ochotnika. Wówczas zakłady pracy urządzały „masówki” (przymusowe zebrania), na których potępiano Amerykanów, a wiwatowano Korei. Zgodnie z propagandą nie wyświetlano nawet zachodnich filmów, a młodzi ludzie byli nią i tak zafascynowani. Gdy w 1952 roku urządzono w „Arsenale” wystawę pod tytułem Oto Ameryka, ludzie godzinami czekali w kolejce, aby choć łyknąć Ameryki. Każdy eksponat – a zwłaszcza pistolety i bomby cieszyły się ogromnym powodzeniem. W tym czasie Hłasko nie znał jeszcze literatury amerykańskiej.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Bibliografia
2  Główne wątki powieści „Piękni dwudziestoletni”
3  Problematyka „Pięknych dwudziestoletnich”



Komentarze: Piękni dwudziestoletni - streszczenie

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi: